marcin_pietraszek_03

Jeśli prowadzisz własną firmę, musisz być przygotowana, że nie wszystkie pomysły zakończą się sukcesem

Marcin zarabia w sieci na tyle różnych sposobów, że trudno zawrzeć te informacje w krótkim bio. Różnorodność usług i dostosowywanie się do zapotrzebowania klientów to jego zdaniem klucz do sukcesu. Wypracowuje kompromis między tym, co chciałby robić, a tym, czego potrzebują klienci. Zapraszam na wywiad z Marcinem Pietraszkiem, autorem książek: „Czas to pieniądz. Jak oszczędzać czas i pieniądze?”, „Sprytny biznes. Załóż i rozwijaj małą firmę w Polsce”, właścicielem Agencji PR EMPEMEDIA.

Jakie były początki twojego biznesu? Dlaczego zdecydowałeś się na pracę na swoim?

Początki to sprawa bardzo odległa. Pierwszy pomysł na biznes miałem w wieku czterech, pięciu, może sześciu lat. Wziąłem wtedy swoje książeczki, mały stołeczek i z takim kramem poszedłem na ulicę, gdzie rozstawiłem „stoisko”. Niestety, zanim zdążyłem zdobyć pierwszego klienta, mama już prowadziła mnie z powrotem do domu 😉 .

Wspominam o tym nie bez powodu. Uważam, że pewne predyspozycje lub przynajmniej pociąg do tego, żeby robić coś swojego, to po części kwestia osobowości. I oczywiście nie chodzi w tym wszystkim o pieniądze. Chcąc sprzedawać książeczki jako mały brzdąc, nie myślałem o pieniądzach – nie znałem przecież ich wartości. Najważniejsze było to poczucie, że coś, co mam, może się przydać komuś innemu, a więc, że możemy się czymś wymienić i obustronnie odnieść korzyści. Daję komuś innemu coś, co może mu się przydać lub po prostu, co może go ucieszyć. Według mnie na tym osadza się zdrowe podejście do biznesu – również tego dorosłego. Biznes, w którym korzyść odnosi wyłącznie sprzedawca, to nie biznes, a przekręt.

Wracając jednak do Twojego pytania, na pracę na swoim zdecydowałem się przede wszystkim dlatego, że lubię niezależność. Nie potrafię pracować w systemie, w którym ktoś torpeduje moje pomysły – dlatego źle bym się czuł jako nic nieznaczący trybik w korporacji. W moim życiu powtarzał się pewien scenariusz. Gdy wchodziłem do jakiejś organizacji (dotyczyło to nie tylko firm), szybko przyjmowałem jedną z dwóch ról – albo brałem sprawy w swoje ręce, stawałem się liderem (gdy widziałem, że moje pomysły mają szansę zostać uwzględnione), albo całkowicie się wycofywałem (tam gdzie nie czułem sprawczości).

Być może mój problem polega na tym, że wszędzie, gdzie wchodzę, zaraz chcę coś zmieniać, usprawniać, natomiast nie w każdej organizacji własna inicjatywa jest mile widziana. Dlatego w moim przypadku praca na swoim jest czymś najbardziej oczywistym – tutaj mam wpływ na wszystko i jednocześnie za wszystko sam biorę odpowiedzialność.

Jak zdobywałeś pierwszych klientów?

Biznesowo czy też zawodowo zajmuję się obecnie public relations oraz marketingiem internetowym – oczywiste więc, że pozyskując nowych klientów, również korzystam z możliwości, jakie daje internet.

Prowadziłem też jednak firmę zupełnie „analogową” – wydawałem lokalny tygodnik i tam trzeba było zdobywać klientów w dużym stopniu klasycznie – przez telefony i przysłowiowe wchodzenie oknem, gdy było się wypychanym drzwiami. Nie jest to coś, co lubię i w czym czułbym się mocny.

Zdecydowanie wolę tzw. inbound marketing, czyli taki, w którym sprzedaż pojawia się jakby niechcący, jako naturalna odpowiedź na potrzeby klienta. Pozyskując klientów, staram się działać w taki właśnie sposób – przede wszystkim chcę być dla nich doradcą, kimś, na kogo mogą liczyć i kto wspiera ich w działaniach PR-owo-marketingowych. Sprzedaż pojawia się przy okazji.

Czy od razu biznes zaczął zarabiać, a może był okres, w którym wymagał inwestycji lub ledwo zarabiał na koszty? Ile czasu upłynęło, nim stał się rentowny?

Powiedzmy, że zaczął zarabiać od razu, bo nie miał innego wyjścia. Firmę, którą prowadzę obecnie, założyłem z dwóch powodów. Jednym z nich był pomysł, czy raczej poczucie, że dam sobie radę. Przez wiele lat byłem dziennikarzem, redaktorem, kontaktowałem się z agencjami public relations od strony mediów. I siedząc po drugiej stronie widziałem wiele błędów, jakie „piarowcy” popełniali w relacjach z mediami. Wiedziałem, jak tych błędach unikać i już to ułatwiało mi start – rozumiałem dziennikarzy i ich potrzeby, a to w tym biznesie bardzo ważne.

Ale był i drugi powód. Mój ówczesny pracodawca, wydawca marketingowego portalu internetowego oraz twórca znanej imprezy marketingowej, dość mocno opóźniał się w zapłacie wynagrodzenia. Prawdę mówiąc, nie płacił nikomu, kogo zatrudniał, a żył z tego, co udało mu się „wyprosić” od sponsorów pozyskanych na organizowane imprezy. Do dziś, pomimo wygrania dwóch spraw sądowych, nie odzyskałem należnych pieniędzy, nie mówiąc już o takich rzeczach jak składki na ubezpieczenie. Byłem więc pod silną presją, aby wprowadzić w swoim życiu zawodowym radykalne zmiany.

Środki finansowe, które miałem na start, nie były duże, ale świadomość, że musi mi się udać, zadziałała na korzyść – miałem bardzo dużą motywację, żeby sobie poradzić. Na szczęście klienci pojawili się szybko. Początkowo zdobywałem ich przez portale takie jak Oferia i – co może być zaskakujące – z niektórymi tak pozyskanymi klientami współpracuję do dziś.

Właściwie trudno mi powiedzieć, kiedy ten biznes stał się tak naprawdę rentowny, natomiast wiem, kiedy można powiedzieć, że firma „wypaliła” na tyle, by dalej mogła się utrzymać. Zresztą, to dotyczy nie tylko mojej działalności. Według  moich obserwacji, takim papierkiem lakmusowym jest druga rocznica istnienia firmy – jeśli tyle uda nam się przetrwać, potem jest już zazwyczaj z górki.

W ramach swojej firmy: wydajesz książki, prowadzisz szkolenie z promowania biznesu, piszesz teksty na zlecenie, prowadzisz profile w mediach społecznościowych… Czy był taki czas, że próbowałeś robienia rzeczy, które nie cieszyły się zainteresowaniem klientów i zmieniłeś kierunek działań, by zacząć zarabiać więcej? Co to były za pomysły i jak wpadłeś na skuteczne rozwiązania?

Co do książek – wydaje je wydawnictwo Onepress, więc w tym przypadku ja tylko je piszę. Co do działalności biznesowej, lista usług, które świadczę, nieustannie się zmienia. Oferta mojej agencji to często kompromis pomiędzy tym, co chciałbym robić, a czego potrzebują klienci. Teraz na przykład przechodzi fala dużego zainteresowania content marketingiem, ale zdarzały się też fale wzmożonych zamówień np. na naming (kreowanie nazw dla firm lub produktów/usług).

Takie fluktuacje sprawiają, że czasem mam pokusę większej koncentracji na danym obszarze – ostatecznie jednak okazuje się, że lepiej, gdy oferta firmy nie jest zbyt wąska. Dzięki temu nie jestem skazany na sytuacje, w których pozostaję bez zamówień, bo fala zainteresowania jakąś usługą odpłynęła, ustępując miejsca innej.

Do rzeczy, które się nie udały, zaliczyć mogę chociażby próbę powiązania usług namingowych ze sprzedażą domen. Klient może zamówić np. nazwę dla firmy, a następnie wykupić domenę z listy domen zarezerwowanych przez moją agencję. Dzięki temu ma gwarancję, że nikt nie sprzątnie mu sprzed nosa nazwy zgodnej z zaproponowaną domeną. W teorii, taki zestaw usług wydaje się logiczny, ale w praktyce, zupełnie nie wzbudza zainteresowania.

Ale jeśli prowadzisz własną firmę, musisz być przygotowana, że nie wszystkie pomysły zakończą się sukcesem – na tym to właśnie polega.

W jaki sposób promujesz swój biznes w sieci, jakie formy promocji polecasz freelancerom, którzy dopiero zaczynają i nie mają sporego budżetu na reklamę?

Wielu klientów korzysta z moich usług stale i to zdecydowany plus działalności takiej, jak moja. Z niektórymi współpracuję nieprzerwanie niemal od początku prowadzenia firmy. Zdarza się też, że klienci, którzy w pewnym momencie zrezygnowali z moich usług, później wracają, czasem być może zawiedzeni jakością usług w innych firmach. Jeszcze inna grupa to klienci z polecenia – przyszli do mnie, bo ktoś inny był zadowolony z moich usług. Pewnie z tego powodu mam np. wielu klientów z Bielska-Białej, pomimo że sam jeszcze nigdy w tym mieście nie byłem. Czasem śmieję się, że Empemedia to najpopularniejsza agencja PR w Bielsku i możliwe, że nie ma w tym dużej przesady.

Tak więc mógłbym powiedzieć, że obecnie obywam się bez reklamy, ale nie jest to do końca prawda. Google AdWords, Facebook, Instagram, czy choćby mój blog – Bossblog.pl – to dla mnie narzędzia, które pomagają rozpowszechniać wiedzę o tym, co robię. Poza tym zdarza się, że publikuję swoje teksty w różnych portalach internetowych, co również buduje mój wizerunek i rozpoznawalność.

Te narzędzia, które tutaj wymieniam, są właśnie tymi, które nie wymagają dużych nakładów finansowych i mogą się sprawdzić w odniesieniu do freelancerów. Do tego dodać warto wspomnianą Oferię lub inne portale z ofertami – niby stawki tam oferowane bywają żałosne, ale wbrew pozorom da się tam nawiązać dobre kontakty biznesowe. Wbrew pozorom, nie wszystkim ogłaszającym się w takich miejscach klientom zależy na najniższej cenie.

Co jest lepsze od trzymania pieniędzy w skarpecie, jak bezpiecznie ulokować nadwyżki finansowe?

Pojawiają się już finansiści, którzy twierdzą, że skarpeta to wcale nie najgorszy pomysł 😉 . Jeśli o mnie chodzi, kiedyś byłem fanem funduszów inwestycyjnych. Obecnie jednak sytuacja polityczno-gospodarcza – nie tylko w Polsce – jest mało stabilna, a więc wszelkie fundusze czy akcje także stają się mocno ryzykowne. W trudnych czasach sens może mieć inwestowanie w złoto lub nieruchomości. Rozważyć można także handel walutami (ale nie udział w ruletce o nazwie Forex).

Najlepszym sposobem na nadwyżki finansowe jest jednak… własny biznes. Żadna lokata bankowa nie da nam takiego zwrotu z inwestycji jak nawet umiarkowanie udana sprzedaż produktów lub usług. Lokaty oprocentowane na 2-3% to żart. Nawet zwykły handel, na zasadzie „tanio kupić – trochę drożej sprzedać”, może zapewnić znacznie większą marżę.

Czy zdarzyło Ci się w karierze copywriterskiej otrzymać temat z pozoru nudny i przedstawić go w taki sposób, że sporo osób w niego klikało? Jak zaangażować odbiorców, jakich zasad pisania tekstu przestrzegać, zwłaszcza, gdy nam samym temat nie leży?

Z pewnością zdarzyło mi się to wielokrotnie. Jedna z najpopularniejszych informacji prasowych w biurze prasowym Empemedia dotyczy wykładzin prądoprzewodzących. Copywriting polega często właśnie na tym, aby wydobyć z pozornie nudnego tematu coś ciekawego. Pamiętajmy jednak, że to, iż dla nas jakiś temat jest mało interesujący, nie znaczy, że nie ma swoich odbiorców.

Przede wszystkim więc warto się zastanowić nad tym, kto może być zainteresowany daną tematyką, a następnie, jakie informacje mogą być dla niego interesujące. Kolejna bardzo ważna sprawa to dobry research. Możemy być super ekstra kreatywni, a i tak zda się to na nic, jeśli nie będziemy znali wystarczająco dobrze opisywanego tematu. Zdarza się, że zdobywanie informacji, które pozwolą mi na napisanie dobrego tekstu trwa znacznie dłużej niż samo pisanie.

I ostatnia sprawa – konspekt. Gdy zaczynasz pisać, najlepiej, jeśli masz już w głowie, a najlepiej także na kartce lub w komputerze, ogólny plan tekstu. Kwestie redaktorskich sztuczek, chwytliwych tytułów, czy słów kluczowych nie będą miały żadnego znaczenia, jeśli wcześniej nie wykonamy podstawowej pracy. I odwrotnie – dobre przygotowanie sprawia, że samo pisanie idzie jak po maśle, nawet jeśli temat jest trudny lub początkowo wydawał się nudny.

Dziękuję za rozmowę!

rozmawiała Marta Szyszko

1,663 total views, 2 views today

Uważasz ten post za przydatny? Podziel się z innymi

Comments

comments

  • Aktualnie mam dwa źródła dochodu, które mogę realizować gdzie chcę i o której chcę (blog + praca agenta Generali). Blog oczywiście dzieli się na pomniejsze źródła dochodów, ale nie chcę już komplikować sprawy. Pracuję aktywnie nad pozostałymi, by w pewnym momencie mieć 5-6 aktywnych „mini – biznesów”, które razem kumulują dochód pozwalający podróżować i pracować w pełni online.

    To tak apropo zdania, że ma tyle biznesów, że ciężko zliczyć 🙂

autoresponder system powered by FreshMail