mum and the city

Poszłam na żywioł i… To nie chwyciło – wywiad z Iloną Kostecką z Mumandthecity

Prowadzisz jednego z najpopularniejszych blogów parentingowych w Polsce, widniejesz w rankingu Kominka vel Jasona Hunta, Twoje statystyki zdumiewają. To niesamowity sukces, o którym wiele z nas może tylko pomarzyć, a już na pewno ciężko się na niego pracuje.

Jak wyglądały początki Mumandthecity?

Zacznę od tego, że zawsze chciałam żyć z pisania. A pisanie bloga to świetna wprawka do napisania książki! Aż dziw, że tak późno na to wpadłam. Jednak nie miałam pojęcia o istnieniu innych blogów poza modowymi czy kulinarnymi. Pewnego dnia znajoma pokazała mi blogi parentingowe – przepadłam w tym świecie i pomyślałam: „A może sama spróbuję?”. Wieczorem założyłam własną stronę.

Jak udało Ci się zdobyć zaufanie tylu Czytelników, które konkretnie działania przyniosły Ci nowe odsłony i jak udało Ci się zatrzymać tylu unikalnych użytkowników?

Tak naprawdę w żaden sposób nie promuję bloga. Staram się tworzyć dobrą treść i… To wystarcza. Przez pierwszy rok miałam chwile ogromnego zwątpienia, bo widziałam, jak inne blogi wybijają się np. dzięki znajomościom. Nie widzę w tym niczego złego, ale sama tak nie potrafię. Oczywiście przez to mam bardzo mały przyrost nowych czytelników, co bywało bardzo frustrujące, ale szybko zauważyłam, że ogromny procent z tych, którzy do mnie trafiają – np. z niektórych podlinkowań na Facebooku – zostaje. To motywuje mnie do tworzenia coraz lepszych treści, bo oznacza tylko jedno: naprawdę warto dbać o content na blogu.

Zauważyłam też, że warto brać udział w konkursach (np. Blog Roku), eventach i konferencjach, bo jeżeli jesteś aktywna w blogosferze, stajesz się coraz bardziej rozpoznawalna, a to na dłuższą metę procentuje.

Kiedy spłynęła pierwsza oferta reklamowa i co to dla Ciebie znaczyło?

Pierwsza oferta reklamowa pojawiła się dokładnie po roku blogowania. Czułam dumę. Chciałam wykrzyczeć wszystkim tym, którzy we mnie nie wierzyli i uważali, że moje blogowanie to strata czasu: „Patrzcie! A jednak nie! Warto było zarywać noce!”, chociaż – jeśli mam być szczera – to nie były jakieś ogromne pieniądze.

Ile czasu upłynęło od momentu założenia bloga do momentu, gdy zaczęłaś zarabiać poważne pieniądze?

Półtora roku, czyli całkiem niedawno. Zaraz po rankingu Tomka zaczęłam być „widoczna” dla firm.

Jakich reklam nie publikujesz?

Jeśli zgłasza się do mnie firma z propozycją współpracy, dokładnie oglądam produkty, które oferują. Muszę być pewna, że mogłabym je polecić czytelniczkom, czyli tak naprawdę, że sama bez wahania bym je kupiła :).

Są reklamy, które odrzuciłam, bo nie były zgodne z moimi przekonaniami, np. nie zgodziłam się wziąć udziału w kampanii popularnych dosładzanych napojów dla dzieci czy kampanii promującej szczepionkę przeciw ospie (nie jestem przeciwna tej szczepionce, ale również nie jestem pewna, czy zaszczepię dziecko). Nie publikuję również reklam produktów, których sama nie mogę przetestować – np. dwukrotnie miałam propozycję od firm produkujących suplementy dla kobiet przyjmujących antykoncepcję hormonalną. Ja jej nie przyjmuję, a nie chcę niczego polecać w ciemno. Tak naprawdę chodzi o wiarygodność – ona jest najważniejsza.

Jak sukces blogowy wpłynął na Twoje zawodowe życie? Założyłaś blog z myślą o zarabianiu, a może nagle okazało się, że nie musisz wracać do pracy, bo zarabiasz na blogu lepiej niż na etacie?




Ja po porodzie straciłam pracę. Wiedziałam, że nie znajdę zatrudnienia w moim zawodzie (jestem nauczycielką), bo tej pracy nie ma. Bloga założyłam głównie z myślą o samorealizacji (na macierzyńskim brakowało mi czegoś, co mogłabym robić tylko dla siebie), ale gdzieś tam z tyły głowy była myśl: „Może uda się na tym zarobić?”. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak duża jest konkurencja i jak trudno się przebić. To dobrze. Robiłam swoje i… Udało się.

Skąd czerpałaś wiedzę na temat blogowania, a może poszłaś na żywioł i to chwyciło?

Poszłam na żywioł i… To nie chwyciło ;). Na początku pisałam tylko o dziecku, bo ono było całym moim światem, ale to szybko przestało mi wystarczać. Więc zaczęłam szukać pomysłu na siebie, myśleć nad strategią, ale wyszło to bardzo naturalnie, bo raczej nie zastanawiałam się: „Co może się sprzedać?” tylko: „Co ja chcę sprzedać? Jakie tematy czuję najlepiej?”. Dzisiaj piszę dla matek – kobiet wielozadaniowych o tym, jak znaleźć równowagę, spełniać się we wszystkich życiowych rolach i nie zapomnieć o sobie. Mam wspaniałe, mądre czytelniczki!

Jeśli chodzi o naukę, obserwowałam innych, bardziej doświadczonych blogerów. Przeczytałam oczywiście książki Tomka Tomczyka, a do poszczególnych rozdziałów wracałam za każdym razem, kiedy zaliczałam jakąś wpadkę. Zawsze znajdywałam odpowiedzi na swoje wątpliwości! Tomek tego nie wie, ale to, jak wygląda dzisiaj mój blog, w dużej mierze jest jego zasługą.

Podczytuję też Pawła Tkaczyka. Uczę się, jak dbać o wizerunek, ale nie schizuję w tym temacie i nie mam problemu, żeby umieścić swoje zdjęcie bez makijażu czy w szlafroku, bo sądzę, że właśnie naturalności, a nie wykreowanej pozy szukają czytelnicy blogów.

Co zajmuje najwięcej czasu w Twojej blogowej karierze?

Pisanie. Na tym skupiam się najbardziej, ale też najbardziej właśnie to lubię robić, więc nie ma bólu, tylko ogromna satysfakcja!

Jak wygląda Twój typowy dzień pracy?

Moje obowiązki zawodowe nieodmiennie przeplatają się z życiem rodzinnym. Wstaję około ósmej z niemałym trudem, zazwyczaj budzona przez dziecko, bo znowu siedziałam do późna w nocy nad blogiem. Szykuję dziecko, robię mu śniadanie, a sobie kawę (tak, wiem! To straszne, że dzień zaczynam od kawy!) i wtedy mam chwilkę, żeby zerknąć na bloga, zatwierdzić komentarze i odpisać na nie. Kiedy dziecko zaczyna się niecierpliwić, wychodzimy na spacer. Po drodze w telefonie kończę robotę. Potem mam 3 godziny na zabawę z dzieckiem: spacerujemy, odwiedzamy plac zabaw, robimy zakupy, razem sprzątamy. O 13 Kostek ma drzemkę, więc zasiadam przed komputerem i zaczynam prawdziwą pracę – odpisuję firmom na maile, przygotowuję wpis, dopinam sprawy związane z przygotowywaniem jednej z największych konferencji blogerskich (Blog Conference Poznań). Dziecko budzi się koło 16, kiedy z robotą jestem daleko w polu, więc dzwonię do męża: „Nie zdążyłam zrobić obiadu! Przywieź coś!”. Całe szczęście jest bardzo wyrozumiały i zazwyczaj śmieje się z mojego „niezorganizowania”. Wraca do domu po 17 i do 20 (w teorii) mam czas tylko dla rodziny, bo w praktyce często rozmawiamy o blogu, o konferencji, ustalamy pewne szczegóły czy robimy zdjęcia na bloga. Po 20 mąż przejmuje synka i przygotowuje go do snu (kąpiel, kolacja), a ja znowu „idę” do pracy. Na moment odrywam się od komputera, żeby położyć dziecko spać, a sama w łóżku ląduję jako ostatnia – grubo po północy.

Jak łączysz obowiązki zawodowe z rodzinnymi, kto Cię wspiera?

Bardzo wspiera mnie mąż. Bywają dni, że jestem w wiecznym niedoczasie, więc po powrocie z pracy zabiera dziecko na spacer, plac zabaw, żebym mogła w spokoju tworzyć. Dzięki niemu mogę też pracować w weekendy czy święta. To mega fajne, że mój mąż – w przeciwieństwie do reszty rodziny, która myśli, że przebywam na fejsie dla rozrywki – traktuje moje blogowanie serio, wie, że to moja praca. Gdyby nie on, nie byłoby Mum and the city.

Półtora roku i taki sukces w blogowaniu, brawo! Wezmę sobie Twoje wskazówki do serca, dziękuję, że znalazłaś czas, by podzielić się swoją wiedzą z Czytelniczkami Kobiety w e-biznesie.pl.

rozmawiała: Marta Szyszko

Comments

comments